O tym jak dowiedziałam się o śmierci Gurujiego

Powracam do tematu odejścia BKS Iyengara – mojego Mistrza i jednocześnie Nauczyciela wielu. O tym jak wielu osobom jest on niezwykle bliski mogłam się przekonać celebrując Jego odejście.

Było to dokładnie rok temu. Uczestniczyłam akurat w intensywnym warsztacie jogi Faeqa Birii w Blacons. Był to czwarty dzień piątego turnusu – tego dla najbardziej zaawansowanych i wytrwałych studentów Faeqa. Jeszcze zanim tam trafiłam – przed wyjazdem z Polski dotarła do mnie wieść o tym, że Guruji znalazł się w szpitalu i jego stan się pogorszył. Pomyślałam wtedy, że być może jadę na darmo do Blacons bo jeśli On odejdzie to Faeq rzuci wszystko i pojedzie do Puny. Jak bardzo się myliłam…

Owszem – On odszedł w trakcie, niemniej przy tej okazji było mi dane odebrać jedną z ważniejszych lekcji od mojego nauczyciela. Już w środę wieczorem krążyły po Internecie wieści o pogorszeniu się stanu Iyengara. Rano nie sprawdziłam wiadomości – jak zwykle – skoro świt pojawiłam się na sali do jogi. Wystarczyło, że przekroczyłam jej próg by wyczytać z panującej tam atmosfery co zaszło. Obecni tam snuli się w milczeniu jak cienie. Panowała niezwykła cisza. Ktoś z bliższych znajomych mnie przytulił.

Usiedliśmy w oczekiwaniu na przybycie Faeqa. Atmosfera w powietrzu gęstniała. Na salę wkroczył Faeq krokiem, w którym wyczułam kruchość jego spokoju. Jakby miał zaraz rozpaść się na kawałki… Kto zna Faeqa i Jego niezłomną energię wie, że to stan mu zupełnie obcy. Matowym głosem poprowadził dla nas medytację. Odśpiewaliśmy hymny – co razem tworzy codzienną praktykę otwierającą sesję poranną. Następnie kazał nam się zbliżyć. Kiedy uformowaliśmy krąg wokół niego – wydusił z siebie tę najważniejszą i najsmutniejszą dla nas informację a słowa ugrzęzły mu w gardle. Gwałtownym ruchem odwrócił się od nas i usłyszeliśmy tylko jak łkanie wstrząsnęło jego silnym ciałem. Trwało to może sekundę. Odwrócił się z powrotem równie gwałtownie i otarłszy oczy przeprosił… To niezwykłe, że ten oddany całym sobą uczeń Iyengara przeprasza nas – swoich równie oddanych jemu co on Gurujiemu – w równej z nim zażyłości, że w tak szczególnym momencie ogarniają go emocje. Wytłumaczył swoją emocjonalną reakcję brakiem praktyki, bo informacja o śmierci Gurujiego dotarła do tej części świata jeszcze w nocy i zabrała mu cały czas na sen i poranną praktykę. Przekazał nam okoliczności śmierci Mistrza po czym odprawił dla nas specjalną Pudżę. Po niej, każdy z nas mógł się pokłonić przed podobizną BKSa i dotknąć jego sandałów. Ten piękny rytuał sprawił, że moment pożegnania z Mistrzem stał się bardzo osobisty. Zupełnie jakbym naprawdę w tym momencie mówiła mu „Żegnaj Mistrzu, dziękuję za wszystko”.

Po tym długim wstępie Faeq rozpoczął zajęcia. Sposób, w jaki je zaczął prowadzić był jak marsz konduktu pogrzebowego. Włączał timer, podawał nazwę asany i realizował najbardziej schematyczną z możliwych sekwencję. Był z nami na sali, praktykował nawet z nami, ale jakby go z nami nie było. Ogarnęło mnie totalne zwątpienie. Poczułam się opuszczona, pogubiona, osamotniona, zdezorientowana. W ciągu tych 40, może 60 min doświadczyłam intensywnej żałoby. Obejrzałam sobie dokładnie wszystkie te uczucia, które jej towarzyszą. I kiedy wydawało się, że gorzej być już nie może Faeq powrócił do nas. Nagle zajęcia nabrały tempa, a prowadzenie wigoru. Świat i praktyka odzyskały blask. W głowie zaświtała nadzieja. Wszystko stało się jasne, zaczęło dokądś prowadzić.

Ta gwałtowna transformacja pokazała moc praktyki. Faeq dał nam tym samym niezwykle ważną lekcję. Jak praktyka może dać nam sposobność do skanalizowania emocji. Jak dzięki niej możemy te emocje obejrzeć i pozwolić im się przekształcić. Jak dzięki niej można w niezwykle konstruktywny sposób przeżyć odejście najważniejszej osoby – Jej Twórcy.
Niech odpoczywa w spokoju. Dziś pierwsza rocznica jego śmierci…

Posted in Bez kategorii | Tagged ,

Okoliczności odejścia Guruji’ego

Nieuchronnie zbliża się pierwsza okazja by uczcić urodziny Naszego Mistrza z Puny już bez Jego Obecności. 14 grudnia tego roku Guruji obchodziłby 96 urodziny jednak nie dożył tego pięknego jubileuszu.

„Żyj szczęśliwie, umieraj dostojnie” – te słowa Naszego Drogiego Nauczyciela pojawiły się na stronie internetowej RIMYI w Punie 20 sierpnia tego roku. Guruji odszedł tego dnia o 3.15 nad ranem czasu lokalnego w prywatnej klinice w Punie. Do kliniki został przewieziony na usilne prośby członków rodziny kilka dni wcześniej z uwagi na pogarszający się stan jego zdrowia. Ze zdrowiem było już nie najlepiej od maja tego roku, czyli od powrotu z New Dehli, gdzie Guruji spędził miesiąc. Pomimo ogólnej słabości i kruchości kondycji udał się tam po to by odebrać najwyższe państwowe wyróżnienie Padma Vibhushan przyznane mu przez władze Indii. Taka była Jego nieustraszona natura – nie potrafił odpuszczać w tego typu sytuacjach. Właśnie dlatego, że wielokrotnie pokazywał, iż wciąż stać go na więcej niż wskazuje jego metryka, bądź słabnące ciało – z tegoż powodu zyskał miano „Lwa” i wydawało się, że istotnie jest niezniszczalny. Że śmierć nigdy w jego wypadku nie nadejdzie…

Można by faktycznie mieć takie wrażenie patrząc na niego z oddali. Jednak Ci, którzy obserwowali Mistrza – bywali regularnie w RIMYI w Punie – widzieli, że powoli i stopniowo ciało Gurujiego zmienia się i słabnie. Największą różnicę dostrzegłam w jego wyglądzie i kondycji między grudniem 2008 roku, kiedy hucznie obchodziliśmy jego 90te urodziny a styczniem 2011. Słyszałam, że Guruji zmarniał dość gwałtownie po przebyciu infekcji dróg oddechowych. Właśnie rejon klatki piersiowej najdobitniej manifestował uchodzenie sił witalnych z ciała Mistrza. Pamiętam jak dziś film nakręcony tuż przed obchodami 90tych urodzin który pokazuje praktykę pranayamy Mistrza. Kiedy Guruji kończył na nim wdech i zatrzymywał się – skóra na jego nagich piersiach lśniła jak u młodzieńca ściśle przylegająca do potężnie otwartej przestrzeni wypełniającej płuca. Więc tym trudniej było mi się pogodzić z widokiem starca w jakiego gwałtownie się zamienił. Ponieważ Guruji wciąż praktykował z odkrytym torsem – widać było, że skóra tułowia nie ma podpory w postaci otwartej i pełnej przestrzeni klatki piersiowej. Zupełnie jakby to co wewnątrz – żebra, organy – skurczyło się o rozmiar pozostawiając opakowanie smutno opadające w zmarszczkach na wątłej konstrukcji.

Więc już zaczęliśmy się niepokoić o los Naszego Nauczyciela. Jednak wszelkie obawy wkrótce zostały rozwiane. Wystarczyło spojrzeć na to, jak prowadzi klasy, z jaką werwą tropi błędy asystującej mu wnuczki, z jakim zaangażowaniem wciąż udziela lekcji swoim najwytrwalszym uczniom. Tak sprawy toczyły się jeszcze do stycznia 2013 roku. Wtedy to miałam ogromne szczęście i wielki zaszczyt uczestniczyć w ostatnich zajęciach prowadzonych przez Gurujiego. Jeszcze niosła go energia obchodów 95 urodzin. Wystarczyło jej do pierwszych tygodni stycznia, a potem … zapadła cisza … Guruji nagle zniknął z biblioteki, gdzie jeszcze do połowy miesiąca przychodził czytać korespondencję i cieszyć oczy oraz dusze towarzyszących mu uczniów. Każdy zajęty swoją lekturą, bądź kompletowaniem notatek czuł wibrującą obecność Nauczyciela. To były piękne chwile, których będzie mi bardzo brakować… Więc wiara w to, że nasz Mistrz nie opuści nas nigdy była jeszcze długo podtrzymywana przez jego wysiłki aby być aktywnym do samego końca, jak również przez nieustanne manifestacje tego jak pomimo słabości cielesnej Jego umysł pozostaje żywy i dociekliwy.

Guruji w tamtych dniach przed odejściem nie chciał iść do szpitala. Chociaż było coraz gorzej z jego sercem i nerkami. Czuł, że koniec jest bliski i … nie chciał umierać w łóżku. Tradycja nakazywała joginom umierać w kontakcie z Matką Ziemią – na podłodze. Pozostała wierna tej tradycji nawet jego nieżyjąca już od lat żona – Ramamani. Dlatego też tego samego dnia, kiedy Guruji odszedł rodzina zabrała Jego ciało i złożyła na podłodze w domu. Przez kilka godzin uczniowie mogli oddawać hołd zmarłemu Mistrzowi – żegnać się z Nim. Drzwi domu Iyengarów przy Instytucie stały dla tłumu chętnych otworem. Ruch samochodowy na ulicy przy której mieści się dom i Instytut był niemożliwy, bo całą przestrzeń wypełniali tłoczący się ludzie. W godzinach popołudniowych ciało Gurujiego – zgodnie z tradycją – zostało skremowane. Byli przy tym obecni tylko najbliżsi…

Widziałam zdjęcie portretowe zrobione pośmiertnie. Guruji się na nim błogo uśmiecha.

W RIMYI zajęcia zostały zawieszone na 13 dni (do 2 września) – odpowiadające tradycyjnie w ten sposób obchodzonej żałobie. 31 sierpnia miały miejsce uroczystości oficjalnego pożegnania Mistrza. Przybyło na nie wielu jego najbardziej oddanych uczniów z całego świata. Nie było dla nich barier i przeszkód w postaci wcześniejszych zobowiązań, czy odległości…

My na swój sposób celebrowaliśmy odejście Mistrza – o moich doświadczeniach – w następnym odcinku.

Posted in BKS Iyengar | Tagged , , ,

Moje wspomnienia o Gurujim Iyengarze, cz. 2

2011
Tym razem mój pobyt w Instytucie chciałam poświęcić pracy terapeutycznej z moim problemem zdrowotnym związanym z menstruacją. Miałam wtedy okazję doświadczyć interwencji Gurujiego – jego wciąż mocnej korekty manualnej i bystrego umysłu wyłapującego najmniejsze błędy w ułożeniu ciała. To była dla mnie wielka lekcja właściwej pracy w asanach oraz tego jak daleko znajdują się ograniczenia, które powinnam przekraczać praktyką. Właściwie slogan dotyczący przekraczania tych granic nabrał całkiem realnego i zupełnie nowego smaku. Albo innymi słowy – urealnienie w tej kwestii było bardzo bolesne…

2013
Jako Prezes Stowarzyszenia Jogi Iyengara w Polsce byłam już wtedy w stałym kontakcie z Gurujim w sprawach związanych z SJIP. Za każdym razem zaskakiwało mnie z jaką szybkością otrzymywałam od Niego odpowiedzi na moje pytania. Początkowo wysyłałam do jego sekretarki Umy maila ze starannie wyedytowanym listem w załączniku – gotowym do druku. Jednak szybko się zorientowałam, że to zbędne ceregiele, bo sekretarka czyta Gurujiemu treść bezpośrednio z maila, a on dyktuje jej od razu odpowiedź. Zdarzało się, ze wysyłałam mail wieczorem, a rano miałam już odpowiedź. Wszystkie te maile były utrzymane w serdecznym tonie i miały bardzo konkretny charakter.
Guruji swoją pracę administracyjną wykonywał w bibliotece. Widziałam wiele razy tę procedurę odpowiadania na maile. Słyszałam, jak dyktował list do Dalajlamy z przeprosinami, że nie może stawić się na jakiejś uroczystości, na którą był przez niego zaproszony. Myślę, że między Nim a Dalajlamą wywiązała się serdeczna przyjaźń od spotkania w New Habitat Centre w New Delhi w 2010 roku. Mimo swoich ograniczeń ciężko było Gurujiemu opierać się wyzwaniom, które się od czasu do czasu pojawiały. Guruji w tym czasie dochodził do siebie po infekcji dróg oddechowych. Był jeszcze osłabiony, kiedy do Instytutu przyjechał Andy Richter – fotograf robiący reportaże o joginach. Obserwował praktykę Gurujiego i robił zdjęcia. Wtedy po raz pierwszy widziałam Gurujiego robiącego pozycje stojące. Od lat nie praktykował już tych asan, które wymagają siły. Wtedy do obiektywu Andiego zaprezentował nienaganną Virabhadrasanę I – co przyjęliśmy z zachwytem ale i poczuciem wstydu, bo gdzież nam do doskonałości Mistrza…
W tym okresie lubiłam siadać w bibliotece i być w pobliżu Gurujiego. Odkryłam tę przyjemność dość późno – w czasie poprzedniego pobytu. W połowie miesiąca Guruji poczuł się gorzej i swój sekretariat przeniósł do domu. Zdążyłam jednak odebrać od niego najważniejszą lekcję. Przedstawiłam mu swój album z pozycjami na kolejny stopień nauczycielski. Zgodził się go obejrzeć. Kilka dni potem zawezwał mnie do siebie i w łagodny, życzliwy sposób przedstawił swoje uwagi. Znowu – spodziewałam się od niego ostrej i przykrej w formie krytyki, z której słynął. Guruji dyplomu mi nie dał, kazał pracować dalej nad pozycjami. Rok później zaakceptował jej efekty przyznając mi stopień Senior Intermediate II.
Kiedy przed wyjazdem podeszłam do niego z książką do podpisu – odpoczywał akurat na tarasie domu – powiedział: praktykuj, a dostaniesz dyplom. Pamiętał mnie, nie chciał wyjaśnień, że ta książka to tłumaczenie na polski – on to wszystko przecież widzi… Czułam, że to nasze ostatnie spotkanie.

Epilog
Guruji jawi mi się jako człowiek szlachetny, niebywale rzetelny i autentyczny. Wydaje mi się, że on był jak lustro – oddawał nam w wyostrzonej formie to, co mu przynosiliśmy. Potrafił odkryć w nas nasze prawdziwe, często nieuświadomione intencje i sprawiedliwie je nagradzał bądź ganił. Gita powiedziała na ceremonii pożegnania Gurujiego: „On był jak deszcz – dotykał nas wszystkich równo”.

Posted in BKS Iyengar, nauczyciel jogi | Tagged , ,

Moje wspomnienia o Gurujim Iyengarze, cz. 1

Prolog
20 sierpnia tego roku wydarzyło się to, co wydawało się nam wszystkim – Jego uczniom – niemożliwe. Odszedł Nasz Drogi Mistrz – Bellur Krishnamacharya Iyengar. Właśnie dziś nadarza się okazja, aby zebrać garść wspomnień o tym Wielkim Nieobecnym wśród nas.

2006
To by mój pierwszy raz w RIMYI w Punie (Instytut Iyengara). Guruji zwykle praktykował w czasie, kiedy sala otwarta była dla praktyki własnej uczniów. Zdarzyło mi się zauważyć, jak kilkakrotnie, kiedy wchodziłam na salę albo na zajęcia poranne, gwałtownie zwracał głowę w moją stronę. Asystowałam na zajęciach terapeutycznych, a że był to wrzesień i większość studentów z Zachodu wyjechała – miałam kilku pacjentów, którymi się zajmowałam. Pacjenci zaś widząc moje zaangażowanie domagali się pomocy ponad to, co było konieczne. W jednej takiej sytuacji Guruji zainterweniował i ostro postawił granice. Nie obyło się bez podniesionego tonu głosu i groźnych gestów. Było to dla mnie wtedy o tyle zaskakujące, że spodziewałam się raczej, iż to ja otrzymam reprymendę, jako mało doświadczony asystent. Guruji jednak był w swojej reakcji sprawiedliwy.

2008
Analogiczna sytuacja spotkała mnie 2 lata później, jednak występowałam w niej w innej roli. Zaraz na początku mojego pobytu doznałam poważnej kontuzji szyi. Tym samym wylądowałam na klasach terapeutycznych nie jako asystent, ale jako pacjent. W Instytucie obowiązuje zasada, że nie można brać udziału w więcej niż jednej klasie dziennie. Dopiero co zostałam przyjęta na klasy terapeutyczne i moja sekwencja była w przygotowaniu. Ponieważ nie wyznaczono mi dni, w których mam być na nich, pojawiłam się rano na klasie kobiecej, a popołudniu zamierzałam obserwować klasę terapeutyczną (nie byłby to aktywny udział). Moje zaangażowane asystentki widząc mnie na sali zaproponowały abym uczestniczyła w zajęciach i położyły w relaksie. Czyli drugi raz w tym dniu byłam na zajęciach. Moje układanie nadzorowała Gita (córka Iyengara). Jednak kiedy Guruji wkroczył do akcji i zobaczył mnie drugi raz na klasie – rozpętała się awantura udziałem sekretarza Pandu. W wyniku której musiałam opuścić moje wygodne ułożenie i wyjść z zajęć. Jak bardzo Guruji musiał mieć wyostrzoną uwagę i jak być spostrzegawczym człowiekiem, aby zauważyć mnie wśród 80, może 100 uczestniczek klasy kobiecej, w której uczestniczyłam rano?
W czasie tego pobytu miałam zaszczyt uczestniczyć w obchodach 90 urodzin BKS Iyengara. Program był bardzo rozbudowany, trwał kilka dni. Guruji uczestniczył w wydarzeniach programu kulturalnego. W dniu swoich urodzin wziął udział we wszystkich rytuałach (mantry, palenie ognia, noszenie korony, ważenie na wadze Lakshmi, polewanie wodą). Patrzyłam na to z wielkim podziwem – zwłaszcza dla Jego wytrzymałości i hartu ducha. Widać było, że jest to okupione sporym wysiłkiem, jednak siłą woli był w stanie go podjąć. Sądzę, że głównie dla nas – swoich uczniów. Z resztą w przemowie, którą wygłosił ostatniego dnia obchodów wyznał to wprost mówiąc nam, że darzy nas miłością i jako nauczyciel nas potrzebuje.

PS. Relacje pisane na gorąco z pobytu w RIMYI w Punie znajdziecie tu: 2006, 2008

Posted in BKS Iyengar, nauczyciel jogi

Nauczyciel w głębokiej relacji z uczniem.

Dwa poprzednie odcinki poświęciłam dwóm pierwszym stopniom jogi: Yama i Niyama. Poprzedziłam te rozważania wywodem, który uzasadniał unieruchomienie ciała w czasie medytacji. Linkiem między jednym i drugim wątkiem było działanie, którego podstawową formą jest ruch, ten z kolei pociąga za sobą nasze motywy i sferę uczuć, a ta angażuje świadomość i mąci jej niewzruszony stan, którego osiągnięciu służy właśnie praktyka medytacji.

Uważny czytelnik zauważy, że w obu poprzedzających odcinkach zapowiadam omówienie roli nauczyciela w omawianym przeze mnie procesie konfrontacji z zasadami regulującymi nasze funkcjonowanie społeczne i wewnętrzne nastawienie do siebie. Aby ułatwić sobie to zadanie odwołam się do analogii – już wcześniej wprowadzonej – z praktyką asan. Ramę dla ułożenia naszego ciała w asanach tworzą: mata, jej równoległe względem siebie krawędzie, liniowe ułożenie ciała w asanie, do którego dążymy wykonując asanę. W niektórych wypadkach, żeby zdobyć wiedzę o słabościach naszej fizycznej konstytucji wystarczy podążać za instrukcjami nauczyciela i trzymać się osi maty. To jest przypadek łatwy – respektujący ramę – siatkę odniesienia. Analogicznie adept jogi pracujący nad sobą postępując zgodnie z zasadami moralnymi dostrzega w pewnym momencie, gdzie jego działanie wykracza poza te reguły i stosownie do tego – koryguje je.

Jednak zdarzają się sytuacje bardziej zagmatwane. Spotyka się z nimi zapewne każdy nauczyciel – kiedy uczestnik zajęć pomimo licznych instrukcji, mając do dyspozycji narzędzia w postaci pomocy do jogi nie stosuje się do liniowego ułożenia ciała. W takim wypadku wybiera raczej komfort niż postęp w praktyce asan – doraźny efekt w postaci dobrego samopoczucia, zamiast frustracji, która jest etapem nieodzownym na drodze do transformacji psycho-fizycznej. I tu zaczyna się niełatwy proces między nauczycielem a uczniem. Zadaniem nauczyciela jest korekta nieprawidłowo wykonanej asany – w trosce zarówno o zdrowie i bezpieczeństwo ucznia jak i o jego postęp w praktyce. Nie zawsze taka korekta trafia na podatny grunt – częstą reakcją jest protest – czynny, bądź bierny… Niezależnie od formy – protest ten znajduje przekonujące uzasadnienie spoza maty. Racjonalizacje, z którymi spotkałam się w swojej karierze nauczyciela można podzielić na kategorie: zniknięcie z zajęć (brak czasu, choroba, brzydka pogoda), medyczne (kontuzja, ból przy wskazanym przez nauczyciela ruchu, obawa o inną – newralgiczną część ciała, o zaostrzenie potencjalnego objawu organicznego), psychologiczne (dlaczego ten nauczyciel się mnie czepia? uwziął się na mnie! wcale nie robię tego asymetrycznie – czyję coś odwrotnego!).

To wszystko są mechanizmy obronne, które znajdują swoje ekwiwalenty w naszej analogicznej sytuacji życiowej regulowanej regułami Yam i Niyam. Dobrze, żeby był przy nas ktoś, kto tak jak dobry nauczyciel zwróci naszą uwagę na ucieczkowy i obronny charakter naszej reakcji. Jeszcze lepiej jeśli również na tym polu możemy liczyć na naszego opiekuna z zajęć na sali do jogi. Dlatego uważam, że bezcenną sytuacją jest ta uświęcona tradycją – kiedy uczeń znajdował się w ścisłej relacji ze swoim nauczycielem. Znamy na pewno liczne anegdoty o tym, co Mistrz kazał robić Uczniowi zanim ten dostąpił przyjmowania samych nauk, albo co Mistrz odpowiadał na pytania Ucznia, albo jak reagował na pojawiające się w ich relacji sytuacje kreowane przez Ucznia – zarysowując wyraźnie ramy, w jakich działanie i przejawiający się w nim umysł ucznia podążają za regułami Yam i Niyam. Współcześnie ta relacja przebiega w zupełnie innym kontekście – kontakt między uczniem a nauczycielem jest ograniczony w stosunku do tego, jak wyglądało to w układzie tradycyjnym. Jeszcze mój mistrz BKS Iyengar mieszkał ze swoim mistrzem Krishnamacharyą. Obecnie jest to nie do pomyślenia.

Osobiście jestem przekonana o niezbywalności pracy nad sobą poza matą. Jeśli kontakt z nauczycielem i relacja z nim jako potencjalne laboratorium pracy z postawą ucznia nie wystarcza, kiedy osoby bliskie nie są w stanie dostarczyć klarownej informacji zwrotnej pozostaje praca ze specjalistą – psychologiem, psychoterapeutą. Bowiem tylko wtedy, kiedy rozeznamy się w tym, co faktycznie nami powoduje – będziemy w stanie podjąć kolejne kroki na ścieżce do dalszej, głębszej transformacji naszej świadomości.

Posted in medytacja, nauczyciel jogi, yamy i niyamy | Tagged , , , , , , , , , , , , ,

Czystość umysłu – transparentność intencji.

Omówiliśmy pierwszy z ośmiu stopni jogi – Yama. Drugim jest Niyama – zasady regulujące nasze najbardziej intymne – wewnętrzne nastawienie do świata i do siebie. Intymne dlatego, ze w bezpośredni sposób nie przekłada się ono na działanie i nie wymaga kontekstu społecznego – interakcji, aby zaistnieć. W sutrze II.32 Patańdżali wyróżnia kolejną piątkę reguł:

śauca                                      czystość

santosa                                   zadowolenie

tapah                                      religijny zapał, żarliwe pragnienie

svadhyaya                              zgłębianie prowadzące do poznania jaźni

Iśvara pranidhanani               (p)oddanie się Bogu, koncentracja na Bogu

Moglibyśmy przebywać na bezludnej wyspie i nadal każda z kwalifikacji wymienionych powyżej byłaby spełniona pozytywnie bądź negatywnie w odniesieniu do nas. Czy taki stosunek do świata i do siebie – jak z opisu wynika – jasny, entuzjastyczny wobec doskonalenia się, pokorny wobec siły wyższej może zakwitnąć w mętnej wodzie? Z premedytacją mieszam tu poziomy rozumowania wprowadzając obraz wody aby syntetycznie oddać stan umysłu nieprzygotowanego przez odpowiednią praktykę Yamy. Pierwszą z zasad Niyamy jest sauca, która przywodzi na myśl drugą Yamęsatya (choć wydaje się, że w przekładzie bliższa jest brahmacharyi). Tak, jak możemy być nieuczciwi wobec innych tworząc na potrzeby sytuacji wersje zdarzeń (kłamać, oszukiwać), tak też możemy zatracić uczciwość wobec siebie samych – ukrywać te fragmenty doświadczeń, motywów, które nie spełniają naszego idealistycznego wyobrażenia o sobie.

Tym sposobem nasz umysł zaczyna się rozwarstwiać na sferę, z którą się identyfikujemy (świadomą) i tę, która jest odrzucona (nieświadoma albo wyparta). Ponieważ część zawierająca elementy wyparte nie traci przez to siły swojego oddziaływania to oddziaływanie pozostaje w mocy a nawet nasila się szukając sposobu na manifestację na gruncie behawioralnym, z pominięciem sfery świadomej. Dopóki nie zaczniemy dostrzegać prawdziwych motywów tych działań dopóty imperatyw idealnego obrazu siebie będzie podsuwał najróżniejsze zastępcze wyjaśnienia dla naszych działań. W tak zmąconym środowisku trudno o uczciwe samopoznanie. Nasze intencje przestają być transparentne dla introspekcji, umysł traci czystość w sensie przejrzystości, której nie należy tu utożsamiać z manichejskim podziałem na dobre i złe (dobre = transparentne, złe = mętne). Podstawą do jakiejkolwiek dalszej pracy jest uczciwa ocena stanu, lub punktu w jakim jesteśmy, z jakiego wychodzimy dalej. Jak zatem trzeźwo spojrzeć na siebie skoro dostępny nam fragment umysłu poddaje zniekształceniu całą resztę, manipuluje motywami, nagina fakty, tworzy fikcję na użytek propagandy idealnego obrazu siebie? Trudne to zadanie do wykonania w pojedynkę.

Podstawowe narzędzia znajdują się w pakiecie oferowanym na niższym stopniu. Jak przekonywałam w poprzednim odcinku – zasady moralne tworzą rodzaj ramy w karby której ujmowane są nasze działania. Jeśli część świadoma akceptuje ramę a mimo to działania wykraczają poza nią – mamy ewidentny sygnał, że motywy kierujące nami są ukryte i trzeba ich wytrwale poszukiwać. Istnieją jednak i takie sytuacje, gdzie na skutek manipulacji dochodzi do tak dużego zniekształcenia postrzegania, że nie widzimy naszych wykroczeń, albo próbujemy naginać ową ramę. Stosując analogię z asaną – trochę przesuwamy kostkę pod dłonią poza oś ciała, żeby nie konfrontować się ze sztywnością w ciele. Wtedy właśnie potrzeba kontaktu z kimś, kto patrzy na nas z boku i jest zdolny dostrzec to, co sami przed sobą skrzętnie ukrywamy. Tym kimś jest właśnie nauczyciel.

Posted in yamy i niyamy | Tagged , , , , , , ,

Rama dla naszych działań

Skoro już zabrnęliśmy na pragmatyczny grunt może by tak zastanowić się nad samym działaniem. Wszak Patańdżali w Joga Sutrach proponuje również metodę normowania tej sfery naszego funkcjonowania. Mam tu na myśli pierwszy z ośmiu stopni jogi: yama. Zawarte w Sutrach: II.30-II.31 pięć postulatów moralnych to wstęp do dalszych praktyk. Patańdżali zalicza do nich:

ahimsa              nie-szkodzenie, nie-krzywdzenie

satya                 prawda, szczerość, uczciwość, prawdomówność

asteya                nie-kradzenie, nie-sprzeniewierzanie

brahmacarya   wstrzemięźliwość, czystość

aparigrahah     bez dobytku, bez mienia

Spotkałam się z interpretacją mówiącą, że przestrzeganie tych zasad moralnych zapewnia nam spokój sumienia, co stanowi warunek konieczny dla praktyk wyciszających umysł. Z pewnością tak. Jednak mnie pociąga głębsza analiza znaczenia tych postulatów.

Zastosuję tu analogię z praktyką asan. W metodzie BKS Iyengara zwraca się szczególną uwagę na ułożenie ciała w linii, jak również na symetrię. Praktyka asan zgodnie z tymi wytycznymi prowadzi do optymalnego, czyli osiowego przenoszenia obciążeń przez nasze kończyny oraz sam kręgosłup. Co w konsekwencji ma głęboko równoważący wpływ na naszą konstytucję.

Mamy równolegle do czynienia z pewnym dość istotnym efektem ubocznym tegoż procesu równoważenia ciała. Otóż, jesteśmy w dość bezceremonialny sposób konfrontowani z prawdą na temat naszej fizycznej konstytucji. Bezlitośnie wychodzi na jaw, które partie ciała biorą na siebie większe obciążenie, a które nie poddają się oddziaływaniu praktyki – pozostając sztywne lub wprost przeciwnie – słabe. Symetria i liniowe ułożenie ciała są narzędziami, które doprowadzają do tej bolesnej konfrontacji. Nieoceniony na tej drodze rozwoju jest nauczyciel, który wprawnym okiem jest w stanie dostrzec błędy w naszej praktyce asan. Jeśli takiego akurat nie ma w pobliżu – jego korektę zastąpić może właściwe ułożenie sprzętu. Tak, tak. Tylko i aż tyle. Wymaga to sporej dyscypliny – zwracania za każdym razem uwagi, na to, jak kładziemy się na macie, czy w linii środkowej, jak złożone są koce, z których korzystamy, gdzie położyliśmy kostki. Znaczenie ma nawet to, jak względem sali ułożona jest mata, czy regularnie czy jakoś ukośnie. Wszystko to tworzy rodzaj ramy, w którą wpisuje się nasze ciało. Istotne w niej są punkty odniesienia wyznaczające kierunki, w jakich powinno się układać ciało. Dostajemy więc obraz naszych niedostatków, dowiadujemy się gdzie znajdują się nasze słabe punkty.

Przejdźmy teraz do omawianej przez nas kwestii działania. Jak pisałam wcześniej związane są z nimi nasze intencje i cele. Wszystko to zanurzone jest w układzie pewnych emocji i uczuć. Intencje, cele, emocje, uczucia stanowią istotny element naszego umysłu. Tylko część z tego złożonego układu jest uświadomiona. Skonfrontowanie się z tym, co dla nas niedostępne jest przynajmniej tak bolesne, jak odkrycie sztywnego miejsca w ciele. W równym stopniu rujnuje nasz idealistyczny obraz siebie – każde na innej płaszczyźnie. W moim przekonaniu trzymanie się zasad z sutr II.30-II.31 stwarza ramę dla naszego umysłu analogiczną do tej jaką tworzą pomoce wraz z liniowym ułożeniem i symetria dla ciała. Nasze działania i trzeźwa ich ocena jest jedyną drogą do dotarcia do nieświadomej części swojej psychiki. Kiedy wprowadzimy pewne zasady postępowania – jasno i wyraźnie stanie nam przed oczami w których miejscach nie stać nas na ich dotrzymywanie. Wtedy właśnie uczciwie należy zadać sobie pytanie – dlaczego? Co stoi na przeszkodzie, aby utrzymać się w ryzach yam?

O roli nauczyciela w tym kontekście – następnym razem.

Posted in yamy i niyamy | Tagged , , , , , , , ,

Nowy wymiar bezcielesności

Zakończyłam swoją analizę ruchu jako podstawowego narzędzia do realizacji celów założonych przez umysł. W tym kontekście bezruch staje się formą zawieszenia, oddalenia wszelkich działań i całego operacyjnego obciążenia umysłu związanego z nimi. Jak pisałam wcześniej to obciążenie przekłada się na rozstrzygnięcia dotyczące przydatności określonych ruchów w kontekście realizowanego celu. Chciałabym pójść tym tropem dalej i spojrzeć przez ten behawioralny pryzmat na kategorie, jakimi posługuje się umysł.

Z całej masy wrażeń docierającej przez zmysły do umysłu rodzi się obraz rzeczywistości generującej te wrażenia. Roboczo zakładamy, że to, co dostępne jest naszej świadomości to właśnie rzeczywistość, czyli innymi słowy – żyjemy w przekonaniu, że to co twierdzimy na temat świata w oparciu o ten obraz jest na temat świata/rzeczywistości prawdziwe – świat jest taki, jak go sobie przedstawiamy. Rzecz w tym, że sposób, w jaki sobie świat przedstawiamy jest wypadkową wpływu rzeczywistości na nasze zmysły oraz kategoryzacji narzucanej przez sam umysł. Umysł aktywnie uczestniczy w tworzeniu obrazu rzeczywistości. Interesuje mnie, w jaki sposób tworzą się te kategorie, które służą umysłowi do zorganizowania w spójną całość wrażeń pochodzących ze zmysłów.

Ta spójna całość to pewien model rzeczywistości, jego uproszczona wersja, która jest sformatowana zgodnie z wymogami naszego w tej rzeczywistości funkcjonowania. W mojej opinii istotnym i chyba niedowartościowanym wymiarem, który formatuje ten obraz rzeczywistości jest nasze funkcjonowanie motoryczne. I tak – przykładowo – kwantowy obraz rzeczywistości obywa się bez grawitacji, podczas gdy dla nas jej istnienie jest niepodważalne. Dlaczego? Ponieważ poruszamy się w polu grawitacyjnym i w związku z tym uwzględniamy ten wymiar w opisie rzeczywistości. Ktoś mógłby powiedzieć, że nie chodzi wcale o doznania z ciała związane z ciążeniem, ale o to, że obserwujemy jak obiekty spadają w dół. Zgoda. Niemniej udział naszego ciała i procedur motorycznych związanych z działaniami nadal pozostaje znaczny.

Podążając tropem wskazanym w poprzednim odcinku tych rozważań możemy powiedzieć, że każdy zamiar da się zanalizować w terminach ruchów, które składają się na jego realizację. Rzecz w tym, ze nasze kategorie w pewnej mierze są podporządkowane właśnie naszym zamiarom. Żaden fizyk nie wyróżniłby w rzeczywistości np. krzesła, a my i owszem meblujemy nasz model świata krzesłami, rolami społecznymi, kolorami tworząc dla nich kolejne kategorie. W tych kategoriach zaś mieszczą się również sposoby postępowania z egzemplarzami podpadającymi pod te kategorie, te sposoby postępowania kiedy znajdą się w naszym systemie celów wchodzą do realizacji. Przeciwne oddziaływanie również zachodzi. Mamy nasz system celów, i aby go zrealizować trzeba przesunąć jakiś egzemplarz z jednej kategorii do drugiej, albo przyjąć uproszczoną kategoryzację. Ładnym przykładem tego drugiego są kolory – dlaczego pomimo, że widzimy różnicę między dwoma fragmentami chmury mówimy, ze jest ona biała? Bo wydzielenie osobnych kategorii na odcienie bieli nie poprawi naszej skuteczności w osiąganiu zamierzonych celów (co innego na Grenladii – Eskimosi mają bogaty słownik na nazywanie odcieni bieli).

Podsumowując – chcę zwrócić uwagę na uwikłanie ruchu w system działań i realizowanych przez te działania celów stawianych przez umysł. Obraz świata jest również w pewnym zakresie podporządkowany naszemu w nim funkcjonowaniu. Im bardziej naginamy ten model rzeczywistości do naszych celów, w tym mniejszym stopniu mamy szansę widzieć go prawdziwie. Włączając w naszą praktykę ciało, które jest narzędziem do realizacji tych celów – nie inaczej niż przez ruch – wikłamy się w ten pragmatyczny kontekst. A przecież o radykalny wgląd nam chodzi, czyż nie? Dlatego właśnie zamieramy medytując. Bezcielesność ma tu zatem wymiar oczyszczenia naszego patrzenia na świat, daje nam szansę na odświeżenie kategorii, wyciszenie naszego systemu wartości, który w pewien sposób zafałszowuje ten obraz.

Posted in medytacja | Tagged , , , , , , ,

Czym jest bezruch dla umysłu?

No właśnie… Dobre pytanie. Mam taką oto hipotezę roboczą, która może rzucić trochę światła na to zagadnienie. Otóż wydaje się, że  ruch jest podstawową formą albo przejawem działania. Działanie zaś z reguły zmierza do realizacji jakiegoś celu, z perspektywy którego pewne „ruchy” czy też działania są pożądane inne z kolei nie. Zadaniem umysłu jest rozstrzygać, które działania powinny zostać podjęte, a których należy unikać. Jeśli chcę się napić to raczej powinnam sięgnąć otwartą dłonią po szklankę niż trącić ją przedramieniem, bo po strąceniu jej zawartość się wyleje i nie zaspokoję mojego pragnienia – nie osiągnę zamierzonego celu.

Oczywiście w szerszej perspektywie mój umysł zajmuje się również rozstrzyganiem, które cele są dla mnie bardziej pożądane od innych, zwłaszcza w sytuacjach, w których pojawia się między nimi konflikt. Jeśli sięgając po szklankę zadzwoni telefon, to muszę podjąć decyzję, czy w tym momencie ważniejsze jest podniesienie słuchawki, czy zaspokojenie pragnienia. W każdym z tych przypadków mamy do czynienia z pewnymi celami, których realizacja narzuca pewną polaryzację pożądane vs niepożądane oraz hierarchię – bardziej i mniej pożądane. Roboczo załóżmy, że mamy tu do czynienia z pewnym systemem wartości w nie aksjologicznym sensie (nie zajmuję się tu fundamentalnymi wartościami w sensie etycznym czy estetycznym, chociaż jako zwolennik stosowania brzytwy Okhama i te poddałabym podobnej redukcjonistycznej analizie). To, co mnie tu interesuje, to dostrzeżenie, że w zalążkowej fazie ruch jest manifestacją naszego funkcjonowania w tym schemacie.

W pewnej mierze wolne są od tego uwikłania w celowość – działania zautomatyzowane, czyli np. chodzenie, które jest też adaptowane do praktyk medytacyjnych. Ponieważ samo chodzenie wyjęte z kontekstu celu przemieszczania się jest przechadzką – odtwarzaniem sekwencji ruchów, w których kontrolę nasza świadoma część angażować się nie musi (nie musi rozstrzygać, czy np. praktykowanie tego, co znamy ze skeczu Monty Pythona „Ministerstwo dziwnych kroków” dokądś nas zaprowadzi, czy nie). Niemniej pamiętajmy, że u swojego zarania umiejętność stawiania kroków była trenowana jako czynność stanowiąca cel sam w sobie. Chodzenie było więc w pewnym okresie wartością do osiągniecia. Występuje ono również w potocznym rozumieniu i stosowaniu, jako sposób osiągania pewnych celów – „ciągle za czymś gonimy”.

Zdaje się, że zupełny bezruch (o ile o takim można mówić – wszak poruszamy klatką w rytm oddechu, mrugamy powiekami, aby nawilżyć gałki oczne) stwarza sytuację, w której na zupełnie podstawowym poziomie nasz umysł nie jest angażowany w schemat działania, a co za tym idzie – osiągania celów, czyli realizowania związanych z nimi systemów wartości. W tym chciałoby się powiedzieć – prymitywnym sensie – motorycznie nie jesteśmy nakłaniani do oceny, do przykładania wagi – do tego, co nas wewnętrznie w dość intymnym sensie dotyczy. Ta nasza intymna część – ciało oddala się w bezruchu w nicość z uwagi na ocenę sytuacji, przestaje być narzędziem do realizacji jakichkolwiek celów założonych przez umysł. Czy ten rodzaj bezcielesności coś Wam przywodzi na myśl?

Posted in medytacja | Tagged , , , ,

Statycznie czy dynamicznie?

Zastanawia mnie ostatnio jedna kwestia… Dlaczego w asanach tkwimy nieruchomo, zastygamy przenosząc cały dynamizm do środka. Kiedy ostatnio Guruji nauczał w Chinach w ramach ogólnonarodowych obchodów wzajemnych relacji między Państwem Środka i Indiami – w bloku ukazującym zderzenie dwóch potężnych kultur o rozmiarach cywilizacji – powiedział „W Tai Chi jest płynność ruchu, w asanie jest akcja”. Z racji posiadania wiedzy o tym, z jaką mocą praktyka nieruchomych pozycji może penetrować nasze ciało i umysł – trudno mu odmówić racji. Kwestia transformującego wpływu asan na nasze ciało jest stosunkowo oczywista i nie wymaga specjalnej argumentacji. Interesuje mnie ta druga – dlaczego statyczne pozycje z większą siłą oddziałują też na nasz umysł…

Weźmy na warsztat hipotezę pierwszą – skupiamy się na ciele, aby trenować nasza uwagę. Wywołując uwewnętrznioną akcję, o której mówi Iyengar koncentrujemy się na poszczególnych częściach ciała. To z pewnością doskonały trening skupienia. No dobrze – może ktoś powiedzieć – a czy wykonując płynne ruchy Tai Chi nie skupiamy się na sposobie w jaki porusza się ciało? Czy kiedy uczestniczymy w lekcji metody Feldenkraisa nie dzieje, się coś podobnego? Czyż nie studiujemy przebiegu zmian w ciele, jakie towarzyszą wykonywanym ruchom? Sądzę, że tak właśnie jest i do nauki koncentracji, czy też treningu uwagi można wykorzystać nasze ciało również wtedy, kiedy się porusza. A nawet ów ruch zdaje się pełnić tu kluczową rolę.

Nasuwa się więc hipoteza druga – nieruchoma asana ma za zadanie przygotować ciało do medytacji. W domyśle zakładamy, że praktykując medytację nie poruszamy się – przyjmujemy jedną pozycję, którą utrzymujemy przez pewien czas. Rzecz w tym, aby utrzymując daną pozycję stosowną do medytacji nie rozpraszać medytującego umysłu uczuciem niewygody. Dzięki wytrwałej praktyce różnych pozycji – niekoniecznie tych, które można wykorzystać potem medytując – przygotowujemy ciało do komfortowego przebywania bez ruchu. Stajemy się „bezcieleśni” w sensie zupełnej nieobecności wrażeń płynących z ciała. Uwaga pozostaje niezakłócona a umysł spokojny, jak tafla górskiego jeziora. Z pewnością tak jest. Wyjaśnienie to jednak mnie nie satysfakcjonuje, bo przecież znane są techniki medytacji w czasie chodzenia, wspomniane wcześniej Tai Chi nazywa się też medytacją w ruchu. Nie jest więc niemożliwe osiągnięcie tego celu, jakim jest przygotowanie umysłu do medytacji – poprzez oczyszczenie go z niepożądanych wrażeń płynących z ciała – jedynie poprzez pozycje statyczne.

Na pewien trop naprowadził mnie fragment nauczania Gurujiego, na który natknęłam się ostatnio. Odkryłam go ponownie w nowym kontekście. Otóż rzecz dotyczy Siavasany. Doniosłość prawidłowej praktyki tej pozycji podkreślała na swoich klasach w Instytucie Gita. Doskonale zakonotowałam jej przekaz. I właśnie ta prosta prawda wróciła do mnie we wspomnieniach dwóch innych osób z czasów, kiedy pozostawali pod bezpośrednim przewodnictwem Gurujiego. Jeden z nich mówił o roli Siavasany w praktyce pranayamy, a drugi o jej znaczeniu dla praktyk już bezpośrednio związanych z umysłem: pratyahary, dyany, dharany. Siavasana jako pozycja martwego ciała zdaje się być esencją bezruchu. I właśnie wtedy, kiedy ciało w jak największej części pozostaje podparte i dzięki temu zrelaksowane stajemy się nie tylko w nieomal doskonały sposób „bezcieleśni”. Nasz umysł nie ma też żadnych powodów do tego, aby takim ciałem sterować. I to właśnie ma tu kluczowe znaczenie. Dlaczego – o tym w części następnej.

 

Posted in medytacja | Tagged , , , , , , , , , , ,