Dzień później...
Czwartek był momentem oddechu. Ci, co mieli siłę – jeszcze wieczorem w środę odbyli pielgrzymkę w zupełnie inne miejsce miasta na inaugurację wystawy poświęconej życiu i dokonaniom Guruji. Mnie zabrakło zapału. W czwartek do południa zostaliśmy zaproszeni na wykład Gity.
Sala do ćwiczeń wypełniona była po brzegi. Wybrałam miejsce centralnie naprzeciwko Gity pod oknem. Lecz szybko się zorientowałam, że nic nie zobaczę, bo to nie przypadek, że nikt go nie zajął przede mną. Na linii mojego wzroku pojawił się operator kamery, który właśnie kończył montaż sprzętu na statywie. Wypatrzyłam miejsce pod nogami kamerzysty i kiedy zbliżyłam się okazało się, że za kolumną, przy której stał jest idealnie przygotowane, wolne siedzisko. "No, co za cud" – pomyłam – ale ponieważ miejsce wyglądało na przygotowane – spytałam na wszelki wypadek najbliższą osobę, czy nie jest zajęte. Ta osobą był sam Manuso Manos, który poinformował mnie, że właśnie zamierzam zająć miejsce Gurujiemu… No tak – to wiele tłumaczy – cudu tu nie ma. Usiadłam obok. Guruji nie pojawił się jednak w trakcie całego wykładu ani razu.
Gita siedziała na podeście – jak w trakcie klas. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, ze cała sala została udekorowana. Wszystkie posążki bóstw otrzymały nowe girlandy z kwiatów. Długa girlanda opasywała salę wzdłuż ścian z wolno wiszącymi linami. A po bokach kolumny w centralnym miejscu ściany nad podestem widniały okolicznościowe napisy – namalowane bezpośrednio na ścianie.
Wykład Gity dotyczył iśvara pranidhana. Gita pokazała jak zarówno w Bhagavadgicie, jak i w Jogasutrach przewija się motyw oddania, zawierzenia sile wyższej, które jest podstawą dla praktyki nieprzywiązywania się do efektów naszych działań. Wielowątkowy wykład miał wyraźną myśl przewodnią, którą Gita objaśniała na wiele sposobów i stosując w tym celu różne pojęcia. Pokazywała, nam, że w gruncie rzeczy oznaczają one to samo. Jej wywód był mocno osadzony w realiach psychologicznych a przykłady bliskie życiu, często dowcipne i do bólu przekonujące. W zdecydowany sposób broniła ona postawy działania pomimo, tego, że owoce tegoż nie powinny być motywem popychającym nas do niego. Starała się nam uzmysłowić, jakiego rodzaju stan umysłu powinien nam towarzyszyć, kiedy podejmujemy nasze działania, aby ustrzec się przed przywiązywaniem. Podała nam również przepis na to, jak ten stan umysłu osiągnąć.
Podczas wykładu przychodziły mi do głowy skojarzenia z wątkami pojawiającymi się podczas tak chętnie przez nią wtrącanych teoretycznych interludiów między asanami w trakcie zajęć. Jakby hojnie rozrzucała myśli krążące po jej głowie, kiedy poza zajęciami przygotowywała się do tego wystąpienia. Najpiękniejszym z motywów, który zdradził Gitę w jej przygotowaniach był ten nawiązujący bezpośrednio do bohatera Bhagavadgity – Arjuny. Ostatnią klasę kobiecą poprzedzającą przerwę w zajęciach Gita poświęciła ułożeniu głowy i oczu oraz kierunkowi wzroku. Właśnie wtedy dla przykładu posłużyła się Arjuną strzelającym z łuku i tym, gdzie padał jego wzrok. Kontekst, w jakim ten przykład został umieszczony stał się jasny dla mnie dopiero teraz po przedstawieniu przez nią szerszej perspektywy. Nawet to, co do nas mówiła wtedy na marginesie jest teraz dla mnie dużo bardziej czytelne. Powiedziała, wtedy: "Znowu musiałam krzyczeć. Inaczej nie dociera do Was. No cóż taki mój los… W następnym wcieleniu nie chcę żeby tak było." Tak, jak karmą Arjuny było strzelać z łuku na polu bitwy, tak jej karmą jest egzekwować od nas prawidłową pracę w asanach. Czyni to z największym oddaniem sprawie, jednak mając cały czas w sercu oddanie sile wyżej i nie zabiegając o efekty swojej pracy.
Wykład nagrodzono brawami. Przed Instytutem czekała na nas niespodzianka – Guruji, z którym niektórzy szczęśliwcy mogli sobie zrobić pamiątkowe zdjęcie.
Program kulturalny
Dni dzielące nas od uroczystości przygotowanych przez uczniów Guruji – 14 grudnia, czyli w dniu, w którym przywykliśmy świętować tę okazję – wypełnił nam pieczołowicie przygotowany na tę okoliczność – program kulturalny. Obchody tych urodzin różniły się od dotychczasowych okrągłych rocznic. Jeszcze dziesięć lat wcześniej głównym punktem programu było nauczanie Gity i Prasianta oraz wykłady Guruji. Tym razem wyczuwało się, że w intencji organizatorów i gospodarzy tych obchodów – było stworzenie okazji do wspólnego świętowania – obdarzenia nas zgromadzonych hojnie obecnością Guruji. Uczestnicząc w wydarzeniach tych kilku dni miałam wrażenie, że zostałam dopuszczona do sfery intymnej Guruji i jego bliskiego otoczenia. Przeżyłam wiele momentów niezwykle poruszających. Kiedy wracałam któregoś dnia z Konradem rikszą do domu podzieliliśmy się podobnymi odczuciami.
A tego akurat dnia program dla nas przygotowany był szczególny. Piątek był wolny do południa. O 17 zaproszeni zostaliśmy na premierę filmu Leap of Faith. Całe 70 min. śledziłam losy BKS Iyengara z niesłabnącym napięciem a momentami ze wzruszeniem. Autorzy pokusili się o stworzenie wielowymiarowego portretu Guruji, który rozwija się w czasie od narodzin aż do momentu obecnego. Całą historię życia naszego Mistrza podzielono na okresy i przyporządkowano różnym warstwom cielesnym (koshas). Było to bardzo ciekawe rozwiązanie. Niemniej w moim odczuciu zadanie, jakie autorzy postawili sobie było trochę zbyt ambitne. Wiele wątków, które zaczęli nakreślać nie znalazło w filmie swojego finału, ponieważ ich miejsce zajęły nowe sploty zdarzeń i ich konsekwencje. Przez to portret Guruji moim zdaniem stracił na ostrości i klarowności. Zapewne przywrócenie mu jej zmusiłoby twórców do selekcji i redukcji tego bogatego fenomenu, jakim jest osobowość naszego Mistrza. Po krótkiej przerwie czekał na nas drugi punkt programu – koncert sławnego flecisty – Pandit Hari Prasa Chaurasia. Ów mistrz fletu bansuri (wyciętego z bambusa) wystąpił w asyście jeszcze jednego flecisty, pani grającej na Sitarze oraz tablisty. Niewiele mogę powiedzieć na temat kunsztu tych muzyków, poza tym, że moment, w którym główny flet wdał się w przekomarzanie z tablą ożywił bardzo widownię a mnie przywiódł na myśl improwizację jazzową. Jak potem wyczytam w broszurze informacyjnej – artysta ten współpracował z Jonem McLaughlinem i Janem Garbarkiem.
Kolejny dzień obfitował w atrakcje zarówno do południa jak i wieczorem. O 10.30 rozpoczęła się prezentacja na temat tradycyjnego tańca indyjskiego. Pani Mandakini Trivedi, która oprócz tego, że praktykuje tradycyjny taniec indyjski w dwóch odmianach, to jeszcze wykłada na Uniwersytecie w Bombaju – starała się nas przekonać, że taniec jest jedną z form jogi. Jej doskonale przygotowana prezentacja wywodziła podstawy teoretyczne tańca indyjskiego z kosmologii wedyjskiej, pokazując, w jaki sposób koncepcja ta znajduje odbicie w ciele ludzkim a następnie jak zostaje przetransponowana na system ruchów i kroków. Wszyscy byliśmy pod ogromnym wrażeniem niezwykłej klarowności jej argumentów, potoczystości wykładu i zaskakującego momentami poczucia humoru. Przedstawiona przez nią koncepcja była najwyraźniej poparta rzetelnymi studiami tematu. Zaprezentowany przez nią model ciała ludzkiego jako mandali ma pierwszorzędne zastosowanie również do jogi zwłaszcza w wydaniu Gurujiego. Nasza prelegentka wskazywała na podobieństwo między tańcem a jogą polegające na fundamentalnym założeniu o tym, że ciało staje się narzędziem zbliżającym nas do absolutu i jedynie dyscyplina, jakiej je poddajemy umożliwia wykorzystanie go w charakterze drabiny, po której możemy się wspiąć aby osiągnąć zjednoczenie z nim. Oczywiście wykład został okraszony przykładami z klasycznych tańców indyjskich: Mohini Attam o kolistych i miękkich ruchach oraz Bharata Natiam o charakterze kanciastym i dużo ostrzejszej ekspresji. Po wykładzie mieliśmy sposobność obejrzeć krótki pokaz pierwszego z tańców indyjskich.
Wystawę poświęconą życiu i nauczaniu Guruji udało mi się zobaczyć dopiero w sobotę po południu. Ekspozycja ta była doskonale przygotowana. Narracja prowadząca widza od początku doświadczeń z jogą związanych aż do obecnego momentu przebiegała w trzech, jasno wydzielonych planach. Na pierwszym pojawiały się zdarzenia z życia lub etapy rozwoju metody. Te drugie okraszone były cytatami z wypowiedzi Guruji, pozostałe fotografiami. Jako punkty odniesienia dla tej opowieści posłużyły konkretnie umiejscowione w czasie istotne wydarzenia z życia BKS Iyengara, takie jak publikacje, odznaczenia etc. Trzecim – subtelnym elementem tej układanki były wersy z Jogasutr – stanowiące wymowny komentarz do poszczególnych doświadczeń, na jakie napotykał Sundararaja w swoim życiu, albo etapów ewolucji jego praktyki i nauczania. Osobne miejsce na tej wystawie poświęcono pomocom do jogi – wiele z nich zostało wyeksponowane. Nieład, w jakim zastałam ten fragment wystawy zdradzał wypróbowywanie tychże przez zwiedzających – w większości joginów. Na dwóch ekranach wyświetlano fragmenty dwóch filmów z Gurujim – jego praktyki z 1938 roku i dla porównania z lat 80, kiedy to Guruji powrócił do dawnej formy po dwóch poważnych wypadkach. Miał wtedy ponad 60 lat. Właśnie ten film z pokazu w Londynie został wybrany w listopadzie przez Gitę do tradycyjnego pokazu odbywającego się w ostatni czwartek miesiąca. Drugi film był rejestracją praktyki pranayamy przez Guruji. Materiał ten został nagrany nie dalej niż ze dwa tygodnie przed otwarciem ekspozycji, na dowód formy, w jakiej nasz Guruji się znajduje.
Piątkowy wieczór miały wypełnić kolejno: pokaz asan w wykonaniu dzieci – zatytułowany Power of Innocence oraz monodram oparty o zbiór poetyckich esejów Khalil Gibrana The Prophet (w przekładzie polskim ukazał się pod tytułem Prorok). Ponieważ dzieciaki nie były przygotowane na czas – zmieniono kolejność punktów programu. W roli tytułowego proroka wystąpił słynny indyjski aktor Naseeruddin Shah – jak wyczytałam w folderze – adept jogi Iyengara ze studia w Bombaju. Inscenizacja była raczej oprawą dla tekstu zawierającego kompendium mądrości życiowej – prostej a zarazem głębokiej. Jednak to, co nastąpiło potem okazało się być największą atrakcją całego programu kulturalnego. Dzieci zawojowały absolutnie widownię nie pozostawiając nikogo obojętnym. Pokaz był podzielony na dwie części. W pierwszej około 20 dzieci z różnych szkół bombajskich, w wieku od 7 do 12 lat wykonywało coś w rodzaju układów choreograficznych złożonych z asan w rytm muzyki. Wątłe jeszcze ciałka splątane w najtrudniejsze konfiguracje zupełnie mnie rozczuliły – cieniutkie rączki i nóżki węższe w udach niż kolanach, warkoczyki odtrącane energicznym ruchem i zmarszczone czółka, spod których spozierały na nas skupione wielkie oczka. W drugiej części te same dzieci wymieniając się rolami wyjaśniały nam znaczenie praktyki asan dla siebie i demonstrowały pozycje, które stanowiły ilustracje do wygłaszanego przez nie z przejęciem referatu. Jak usłyszeliśmy w komentarzu po zakończeniu pokazu – dzieci praktykowały z oddaniem, wstając wcześnie rano, żeby sprostać wymaganiom szkoły i intensywnych prób. Podobnie jak pozostałe osoby uświetniające te obchody swoimi występami – również dzieci zostały osobiście wyróżnione przez Gurujiego prezentami. Każde z nich osobiście podbiegało do Mistrza i odbierało swoją koszulkę. Zderzenie tych dwóch światów – starca dźwigającego na swoich barkach właśnie ukończone 90 lat życia z tą nieokiełznaną jeszcze siłą – u progu swojej historii – było bardzo poruszające.
Katarzyna Pilorz
Puna, 15 grudnia 2008



