Miejscówki na schodach

W istocie rzeczy moja perspektywa od czasu opisanych wyżej wypadków uległa zmianie. Zamiast praktykować – obserwuję klasy Gity. Obserwatorzy usytuowani są na otwartej, krętej klatce schodowej prowadzącej do sali na kondygnacji wyżej, w które odbywają się zajęcia dla początkujących. Klatka ta więc w przerwach między zajęciami "na górze" – jak się to tu określa – zapełnia się oczekującymi. Nawet bez tej niedogodności – wysiadywanie dwóch godzin zajęć na wąskich z natury i jeszcze do tego zwężających się stopniach nijak nie korespondujących swoim kształtem z siedzeniem w pozycji ułatwiającej obserwowanie sali – jest bardzo wyrafinowaną torturą samą w sobie. Obserwatorzy – żywo zainteresowani przebiegiem klasy – stłoczeni nierzadko bywają w najbardziej fascynujących momentach proszeni o zejście do hallu na dole, żeby nie tamować przepływu uczniów opuszczających zajęcia na górze i wspinających się do góry. Robienie notatek w tych warunkach wymaga niezwykłej zręczności, nie mówiąc już o tempie, w jakim Gita podaje komendy. Chcąc zachować jak najwyższą wierność przekazu – zaczęłam wtrącać wyrażenia angielskie, które z dnia na dzień zaczęły się mnożyć w moich notatkach. W rezultacie od drugiego tygodnia ku uciesze moich anglojęzycznych znajomych – zaczęłam notować wszystko jak leci po angielsku.

Do niewątpliwych korzyści płynących z tego niewygodnego położenia, w jakim się znalazłam w trakcie klas należy możliwość swobodnego przyglądania się Gicie. A jest to zajęcie dla mnie fascynujące. Ponieważ Gita na zajęciach iskrzy energią, jest absolutnie pochłonięta nauczaniem, totalnie skupiona na obserwacji grupy. Ten niezwykle intensywny kontakt z grupą umożliwia jej błyskawiczną reakcję na to, co zachodzi na sali. Choćby było to uniesienie głowy przez którąś z osób wykonujących zestaw menstruacyjny. Na klasach kobiecych, kiedy na sali są asystenci i uczniowie wymagający szczególnej troski z uwagi swój problem zdrowotny, Gita oprócz roli nauczyciela wciela się w rolę dyrygenta mającego pod swoją batutą orkiestrę, chór i gongi. Było to akurat w tygodniu wygięć do tyłu – nie ma to tamto – prawdziwe klasy z siedmioma mostkami, na każdej z nich. Wiem, bo liczyłam… Jak wiadomo, do mostków wchodzi tylko cześć osób. Na szczęście na sali była to większość. Zostawmy na boku panie w czasie okresu, którym Gita na bieżąco, kiedy grupa odpoczywała między intensywnymi wygięciami podawała instrukcje dotyczące sekwencji. Na sali znajdowało się kilka osób wykonujących swoje zestawy – częściowo z pomocą asystenta – na które to osoby Gita też miała oko. Przyszło do wchodzenia do mostków – skierowała osoby, które samodzielnie nie wchodzą do nich do rogu sali przy wejściu i tam też zgrupowali się asystenci. Wszystko po to, żeby – jak to sama żartobliwie określiła potem "nauczyciele nie musieli skakać jak Hanuman z jednego końca na drugi, żeby pomagać wejść do pozycji". W efekcie Gita przerwała klasę, bo całą operacja nie powiodła się, z uwagi na niezrozumienie sytuacji zarówno przez asystentów jak i nieudolnych uczniów. Czekał nas to kolejny z licznych ostatnio wykładów popartych demonstracją – Gita takich okazji nie odpuszcza. Jeśli tylko uda jej się zdiagnozować błąd – natychmiast przystępuje do usuwania przyczyn zaistnienia tej sytuacji. Wyrwani z transu wygięć uczniowie zgromadzili się wokół Gity, która na jednej z indyjskich uczennic demonstrowała unoszenie. Tu oczywiście zainteresowany przekazem obserwator ze schodów musi się w równie błyskawiczny sposób znaleźć w pozycji umożliwiającej mu obserwowanie sytuacji edukacyjnej. To oznacza, ze trzeba wspiąć się na barierkę, albo na któryś z przyrządów w pobliżu. Ewentualnie przeskoczyć barierkę i dać susa w tłum gapiów.

Zasada współczucia

Podobnych sytuacji, które Gita traktowała jako doskonały powód do wygłoszenia krótkiego wykładu było wiele. Generalnie można powiedzieć, że starała się nam uzmysłowić powiązanie między sposobem, w jaki praktykujemy i tym, co znajdujemy w odczuciach płynących z prawidłowego wykonania asany a tym jak poprawiamy pacjentów na klasach medycznych. Prawidłowe ułożenie naszego ciała ma nam służyć za drogowskaz w poszukiwaniu sposobu na odtworzenie tegoż u osób, z którymi pracujemy terapeutycznie. Bowiem – jak to Gita ujęła w jednym ze swoich ostatnich artykułów w wydawanym w Instytucie czasopiśmie – Yoga Rahasya – "nie jest ważna pozycja a kształt ciała". A kształt ciała koresponduje z efektem fizjologicznym i mentalnym, który najlepiej jest poznać przez własne doświadczenie. Zarówno Gita jak i sam Guruji nazywają aplikowanie tej zasady w praktyce – okazywaniem współczucia. Nawet, jeśli oznacza ono zaordynowanie pacjentowi czegoś nieprzyjemnego o ile nie – bolesnego.

Biblioteka

Biblioteka instytutowa mieści się w przyziemiu. Jest wąskim pomieszczeniem o nieregularnym kształcie odtwarzającym krzywiznę ścian budynku, który się nad nią wznosi. Prowadzą do niej długie, strome schody. O ile na moje pierwsze widzenie z Guruji – to on się po nich wspiął, o tyle tym razem – to ja musiałam zstąpić do podziemi. I zastosowanie tu tego dramatycznego czasownika ma swoje uzasadnienie. Odkładałam ten obowiązek w z dnia na dzień, jak unika się zadania stresującego i niewygodnego. Bo w istocie – czułam się niezręcznie w podwójnej roli prezentującego i prezentowanego nowego Prezesa PSJI. Nie byłam pewna, czy list z Polski o wyborach dostał się już w ręce Guruji, co gorsza – nie umiałam znaleźć odpowiedniego sformułowania dla tego, co zamierzałam mu powiedzieć.

Jednak najgorsze było to, że w przeddzień już-dziś-naprawdę-pójdę-się-przedstawić nastąpił kataklizm w postaci opisanych wyżej zdarzeń z klasy medycznej. Musiałam odczekać. Przez cały kolejny tydzień śledziłam uważnie reakcje Guruji na widok mojej osoby – wyraz oczu, kształt ust, ilość zmarszczek na czole. Nie było dobrze… W końcu postanowiłam – schodzę na dół – przynajmniej poznam bibliotekę.

Obie zakrzywione ściany szczelnie wypełniały grzbiety książek pozamykane w gablotach. Pozostałe dwie ściany z uwagi na szczupłość pomieszczenia stanowiły drzwi z jednaj strony a z drugiej kolejne regały. Odległość między regałami na przeciwległych ścianach pozwalała na ustawienie stołu do pracy z krzesłami do jogi oraz pozostawienie wąziutkiego przejścia. W głębi pod wąską ścianą znajdował się stół ze stacjonarnym komputerem. Wszystko skąpane w szpitalnym świetle jarzeniówek. Uprzywilejowanym – aczkolwiek nie centralnym miejscem biblioteki jest biurko Guruji. Siedzi przy nim zwrócony twarzą do osób zajmujących miejsce przy stole.

Kiedy weszłam do pomieszczenia akurat grupka Hindusów spoza Instytutu ustawiała krzesła wokół jego biurka. Usiadłam w głębi – przy stole z komputerem. Spojrzałam w jego stronę. Jak zwykle ubrany był na biało. Musze na marginesie przyznać, że stroje Guruji dobiera z ogromnym smakiem. Biały strój podkreślał śnieżnobiałą siwiznę włosów wciąż okalających jego twarz jak i bujnych brwi – z wiekiem zagarniających coraz więcej przestrzeni z czoła. Zupełnie jakby włosy głowy ustępowały miejsca brwiom. Pomimo tego, że Guruji ma niezwykle wyraziste i ostre rysy twarzy postronny obserwator – chyba za sprawą regularnego kształtu czaszki – odnosi wrażenie, że oto spogląda na dostojnego, acz jeszcze niezwykle temperamentnego starszego człowieka, od którego bije jakaś wewnętrzna harmonia. Uśmiechał się do zgromadzonych wokół niego słuchaczy. Jest w dobrym nastroju – pomyślałam.

Podeszłam do regału, otwarłam go pociągając za pomalowane na biało obramowanie szyby. Wybrałam półkę z publikacjami Guruji. Wyjęłam zebrane w jeden tom Yoga Rahasya z lat 90tych. Oczywiście natychmiast natrafiłam na artykuł o terapii odcinka szyjnego. Wróciłam na swoje miejsce, zaczęłam przeglądać tekst. Nie bardzo mogłam skupić się na lekturze. Co jakiś czas podnosiłam wzrok znad książki i zerkałam na Guruji. Pochwycił któreś z moich spojrzeń i wtedy pomyślałam: "Nie ma odwrotu". Kiedy Hindusi się pożegnali i jakiś Belg uzyskał od Guruji autograf oraz pouczenie dotyczące certyfikacji w swoim kraju. Odczekałam chwilę obserwując jak Mistrz porządkuje papierzyska na swoim przystrojonym bukietem kwiatów biurku. Wzięłam torbę na ramię, odłożyłam książkę i kierując się do drzwi wciąż nie wiedziałam, czy się zdobędę na przedstawienie się. I kiedy już mijałam jego biurko, przykucnęłam, żeby się pokłonić i po krótkim przedstawieniu sytuacji otrzymałam w odpowiedzi promienisty uśmiech Mistrza, który przyznał, że list z Polski dotarł i spodziewał się kogoś, czyli mnie. Położył rękę na mojej głowie i powiedział: "God Bless you". Kamień spadł mi z serca… a skrzydła urosły u ramion. Byłam naprawdę szczęśliwa.

Kilka następnych dni Guruji spoglądał na mnie łaskawszym okiem a kiedy się kłaniałam nawet uśmiechał.

Katarzyna Pilorz

Puna, listopad 2008